Polonistka, która zaczęła szyć na przerwie

Bryzka to inicjatywa polonistki, która zaczęła… SZYĆ.

Często z tego co ma pod ręką – czasem jest to kurtka, którą PRZERABIA na NERKI, SASZETKI albo PLECAKI, niekiedy to spodnie, w których już nie będzie chodzić, a innym razem, zasłonka znaleziona w second-handzie. Bryzka zafiksowana ideą ZERO WASTE przyjmuje od klientów płaszcze, sukienki, czy dresy i nadaje im nowe życie – UPCYCLING to jej codzienność.

Bryzki, bo tak oficjalnie mówi się na wytwory spod ręki Anety, są solidnie wykonane, często z tkanin obiciowych z końcówki belki albo z ze skrawków materiałów od zaprzyjaźnionych hurtowni.

Wytwory Bryzki to unikaty. Każda nerka ma swoją historię, każda jest inna i absolutnie nie do podrobienia. Na swoim koncie Bryzka ma też TORBY, SHOPERBAGI, PLECAKI, WORKI NA MATĘ, KOSMETYCZKI, WORKI NA CHLEB I NA WARZYWA i inne praktyczne chowadełka. Nie obce są Bryzce nowe wyzwania – chętnie ZAPROJEKTUJE coś, czego wcześniej nie szyła.

Na jej stronie możecie znaleźć przykładowe produkty, bądź skomponować swoją własną, SPERSONALIZOWANĄ i niepowtarzalną nerkę.

Wystarczy krótko napisać, co Wam się podoba, jaki kolor, materiał lub tkaninę lubicie, Bryzka postara sprostać wyzwaniu. Nie omieszka pobawić się w DESIGNERKĘ, profesjonalną KRAWCOWĄ, SZWACZKĘ, a może nawet awangardową ARTYSTKĘ! Efekt może zaskoczyć niejednego. Dlatego czeka na Wasze zamówienia! Wspólnie możecie stworzyć coś wyjątkowego.

Od czego się zaczęło…? Od szmat.

Zawsze interesowały mnie szmaty…

Będąc jeszcze w liceum w Dęblinie zrezygnowałam z ubierania się w sieciówkach. Raz, że były drogie, a dwa, że ubrania posiadały słabą jakość wykonania i właściwie każdy sklep był taki sam. Dlatego wraz z koleżankami chodziłyśmy na miasto w poszukiwaniu wyjątkowych szmatek w dęblińskich lumpeksach, co by wyróżnić się spośród licealistów, no i w tani sposób zaspokoić babską potrzebę kupowania czegoś nowego, w tym przypadku – z drugiej ręki.

Prawdziwe niebo lumpeksowe otworzyło się nade mną, gdy wyjechałam do Łodzi na studia polonistyczne. Wówczas totalnie zachłysnęłam się tamtejszymi second handami. Właściwie nie było tygodnia, żebym nie przeszła się po wykładach do jakiegoś w poszukiwaniu lumpeksowych perełek.

Gromadziłam ubrania, przebierałam się, stroiłam, szukałam swojego stylu, eksperymentowałam. Intensywne życie studenckie, mnogość imprez, wydarzeń, wernisaży dawała ku temu spore możliwość.

Już wtedy zaczęłam obserwować dookoła postępujący konsumpcjonizm. Może dlatego, że sama żyłam skromnie i często zastanawiałam się nad tym, czy faktycznie potrzebuję aż tylu nowych rzeczy wokół mnie, szczególnie ubrań i dodatków. Idea niekupowania nowych rzeczy zagościła u mnie na stałe. Stwierdziłam, że nie dam się manipulować reklamom i nikt nie będzie mi wmawiał, że potrzebuję mieć nową „markową” bluzkę, podczas gdy moja stara jest całkiem w porzo.

Po studiach przez 3 lata pracowałam w łódzkich szkołach, ale idei lumpeksowej nie porzuciłam. Między przerwami i okienkami nadal śmigałam po lumpach. Koleżanki w pracy zawsze doceniały nową kieckę czy nowy pasek, pytając się skąd to mam, gdzie kupiłam bo śliczne, wtedy ja z wielką satysfakcją odpowiadałam, że KUPIŁAM TO W NAJBARDZIEJ PRESTIŻOWYM LUMPIE W ŁODZI ZA  5 ZŁ. Kopara im wtedy opadała, ale tak czy siak, wpadłam w końcu w monotonię dorosłego życia – praca – dom – lumpeks.

Kiedyś, przeglądając rzeczy w sklepie internetowym w poszukiwaniu czegoś praktycznego na festiwal, natknęłam się na piękną nerkę w kwiaty, która była rewelacyjnie wykonana, ale wiedziałam, że cena jest dość wygórowana i nie mogę sobie na nią pozwolić. Nie czekając ani chwili dłużej szybko wpisałam w wyszukiwarkę „kurs szycia łódź”.

Wyskoczyła mi w propozycjach Ultra Maszyna, która oferowała dwudniowy kurs obsługi maszyny. Od razu chwyciłam za telefon, zapisałam się, opłaciłam i poszłam.

Nauczyłam się podstaw. Tu chcę zaznaczyć, że uważałam się za osobę totalnie pozbawioną umiejętności manualnych. Miałam maszynę w domu (zabrałam mamie – po dziś dzień na niej szyję) i szyłam, szyłam, szyłam, aż w końcu uszyłam taką nerkę, jaką sobie wymarzyłam. Oczywiście nie od razu Bryzkę uszyto. Dopracowanie wykroju, który robiłam po lekcjach i między wywiadówkami, zajęło mi około 2 lat. Byłam bardzo uparta i postawiłam sobie za cel, że sama sobie coś uszyję. To była szkoła pracowania nad charakterem i dokładnością. Za każdym włączeniem maszyny uczyłam się cierpliwości i precyzji. Wtedy nigdy nie pomyślałabym, że z Bryzki można żyć, że to co szyję, spodoba się też innym.

A teraz…

Mieszkam w Warszawie, która daje niesamowite możliwości pokazania tego, co robię i utworzenia sieci niepowtarzalnych kontaktów. Czuję wielką satysfakcję, gdy dostaję od Was coraz więcej zamówień, albo kiedy wracacie do mnie i mówicie, o jakiej nerce marzycie, a ja ją mogę dla Was uszyć! Bryzkostan się rozprzestrzenia. Bryzka to nie tylko szycie, to też idea zero waste. Przynosicie mi fantastyczne materiały, spodnie, kurtki, dresy i mogę je dla Was przerobić, nadać drugie życie waszym ubraniom. Bardzo mnie to cieszy, uważam, że już się naprodukowaliśmy wystarczająco nowych rzeczy, tkanin i teraz jest najlepszy czas na to, żeby zacząć przerabiać. A ja chcę Wam w tym pomagać.

Dlatego bądź jak Bryzka! Zapraszam do kontaktu, można marudzić i wybrzydzać.

Życia nie zmienisz, ale nerkę możesz…

Aneta Bryzek vel Bryzka